Showing posts with label Smartie. Show all posts
Showing posts with label Smartie. Show all posts

Wednesday, March 30, 2016

Wymiana z Culhamem

Przepraszamy, że tak długo nas nie było, ale ostatnio byłyśmy bardzo zajęte. Lawirowałyśmy pomiędzy testami, pracą domową, czytaniem w bibliotece a różnymi wyjazdami. Jednym z nich był tygodniowy pobyt w Anglii w ramach wymiany ze szkołą ES Culham, której uczniowie byli u nas w listopadzie. (Streszczenie) Wyjechaliśmy autokarem wcześnie w poniedziałek a wróciliśmy w sobotę o trzeciej nad ranem. W ciągu tygodnia przed południem odbywały się próby, po czym na ogół odwiedzaliśmy pobliski (i bardzo urokliwy) Oxford gdzie mogliśmy zwiedzać lub robić zakupy. W czwartek miał miejsce koncert, na którym wystąpiły dwa chóry, orkiestra, zespoły i soliści. W końcu w piątek wyruszyliśmy w drogę powrotną, z przystankiem w Canterbury, gdzie podziwialiśmy piękną katedrę, aby w sobotę dotrzeć do Frankfurtu. W tym poście chcemy Wam zdać relacje z tego wyjazdu i opowiedzieć o naszych wrażeniach z Anglii.

O 7:00 rano autobus pełen wrzeszczących, zwariowanych nastolatków zaczął długą podróż. Prawie cały czas słychać było śpiewy i krzyki, aż głowa od tego bolała. W drodze do Culhamu gadaliśmy, słuchaliśmy muzyki i oglądaliśmy filmy, a w drodze spowrotem niektórzy nawet spali, ponieważ do Frankfurtu dojechaliśmy dopiero o drugiej nad ranem. Każdy ze sobą przyniósł dużo jedzenia i przekąsek, i pod koniec autobus był pełen okruszków po czipsach, żelków lub opakowań. Musieliśmy to oczywiście wszystko potem sprzątnąć. Kanał La Manche przepłynęliśmy promem. Mieliśmy się spotkać o wyznaczonej godzinie w jednym z wielu wyjść i łatwo się było zgubić! Podróż była męcząca ale pełna optymizmu.

Jak już wspominałam w poprzednim poście o wymianie (Tydzień ze szkołą w Culham), moją ‘partnerką’ była Lily-Mae, która mieszkała u mnie w listopadzie. Zdążyłymy się zaprzyjaźnić, więc w przeciwieństwie do Lilli i innych koleżanek dość dobrze się z nią dogadywałam i szybko się zadomowiłam. Gdy wysiadłam z autokaru, od razu spostrzegłam ją i jej mamę wśród tłumu uczniów. Po chwili znalazłyśmy się w samochodzie. W środku czekały na mnie przekąski, co było bardzo miłym gestem z jej strony, oraz pierwsza oznaka iż znajduję się w Wielkiej Brytanii: kierownica była po prawej stronie. Po piętnastu minutach drogi zdążyłam się przyzwyczaić nawet do poruszania się po odwrotnej stronie jezdni, a po godzinie znudziło mi się już patrzenie przez okno. Gdy zapytałam się, ile jeszcze do domu i zostało mi oznajmione, że nie więcej niż pół godziny, zdałam sobie sprawę jak daleko będe miała do szkoły. Wtedy jeszcze nie doceniałam luksusu jakim byla podróz samochodem. Wreszcie dotarliśmy na miejsce, do małego ceglanego domku, gdzie poznałam jej tatę i psa, Nalę. Lily-Mae pokazała mi mój pokój, a ja wyczerpana od razu zasnęłam.
Następnego ranka musiałam wstać o 5;30. Potem śniadanie, które składało się z płatków i dziwne smakującego mleka i wyjście o 6;10. Piętnasto minutowa podróż samochodem na stację pociągu, którym jechałyśmy dwadzieścia minut, po czym przesiadka do innego, w którym spędzałyśmy godzinę, Następnie dwa kilometry do przejścia. To była poranna rutyna, która odbywała się codziennie i pod koniec tygodnia uczyniła ze mnie wrak człowieka. Jednak, oprócz tego małego dyskomfortu, wymiana z Lily-Mae przebiegła bardzo pozytywnie. Jej rodzice chyba mnie polubili, a nawet jej dziadek, z którym miałam przyjemność zjeść lunch, wydawał się za mną przepadać (z wzajemnością). Sama Lily-Mae była bardzo otwarta i elastyczna, co było ważne biorąc pod uwagę napięty harmonogram, więc wsyzstkie moje wrażenia z nią związane były bardzo dobre.

Mnie i moją koleżankę Christinę gościła w Culhamie dziewczynka o imieniu Yasmin. Nie znałyśmy jej wcześniej, ponieważ w listopadzie gościła ją inna dziewczynka. W przeciwieństwie do Marty, nie zaprzyjaźniłyśmy się z nią i nie było u niej tak przyjemnie. Po wyjściu z autokaru, szukałyśmy jej jakiś czas, a fakt, że jej wcześniej nie widziałyśmy utrudniał nam znalezienie jej i jej rodziców. Po jakimś czasie jednak znalazłyśmy dziewczynkę o imieniu Yasmin i jej matkę. Po wyjęciu walizki z przyczepy wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do jej domu. Mało gadaliśmy, częściowo dlatego, że byłyśmy zmęczone. Mama jej zadawała nam jakieś pojedyńcze krótkie pytania, a my z resztką sił odpowiadaliśmy jej. Przyjechaliśmy po pietnastu minutach, na szczęście nie mieszkali daleko od szkoły. Gdy weszliśmy do jej domu jej tata nas przywitał i był już w piżamie, więc było trochę dziwnie. Przywitaliśmy się z rodziną, po czym Yasmin pokazała nam nasze pokoje i zaczęłyśmy się rozpakowywać. Christinie przypadł pokój ”cold room” czyli zimny pokój. Zachorowała, śpiąc w nim i później tydzień nie mogła chodzić do szkoły. Do tego jeszcze był to tak naprawdę storage room (magazyn). Już zaczynały się nieprzyjemności. Chwilę gadałyśmy w moim pokoju i w momencie kiedy Christina miała wyjść i miałyśmy położyć się do łóżka przyszła Yasmin i zaczęła z nami gadać. Chciałyśmy już spać ale ona jak złość gadała i gadała i gadała aż się już nie wytrzymywało. Pod koniec rozmowy chyba już nam całą historię swojego życia opowiedziała. Jakoś się w końcu wykręciłyśmy i poszłyśmy spać.

Pobudka o 7:00. Głodne, wychodzimy z pokoi po czym następna przykrość: Yasmin nie je w ogole śniadania. W końcu jej matka znalazła jakieś stare pain au chocolat w opakowaniu z supermarketu i nam dała po jednym. Takie śniadanie dostawaliśmy każdego ranka (i żadko je zjadałyśmy). Wsiadamy do samochodu, pietnaście minut i już w szkole. Yasmin miała mało przyjaciół. Była strasznie asocialna i w ogóle z nikim nie gadała. Totalnie jej nie rozumiałyśmy. Przy wszystkich okazjach kiedy można było jeść, gadać, tańczyć lub jeszcze co innego to po prostu oddalała się i siedziała sobie sama. Inne dziewczynki z Culhamu mówiły nam, że probowały z nią gadać ale jakoś niezbyt chciała. Była introwertyczką, ale ten jeden raz jak nam się akurat chciało spać to się totalnie rozgadała. Nasze wrażenia związane z nią nie były zbyt dobre, więc nie będe kontynuować tej znajomości. 

Jeżeli chodzi o budynek szkolny, pozostawiał on wiele do życzenia. Jeśli chodzi o sam wygląd i styl architektoniczny, był godny podziwu a jego nobliwy wiek (ponad sto lat) dawał szkole niepowtarzalną atmosferę. Jednak jego praktyczna strona nie była tak satysfakcjonująca z wielu powodów. Szkoła składała się z wielu małych segmentów, takich jak Schuman Hall (aula) albo The Chapel (kaplica). To utrudniało orientację, ale także stanowiło problem gdy pogoda nie dopisywała a trzeba było dostać się z bloku geograficznego do kantyny, oddalonych od siebie o conajmniej 200 metrów. Poza tym, prawie w całej szkole nie działało ogrzewanie, a jedyne czynne kaloryfery były w bloku niemieckim. W Schuman Hall’u co prawda znajdowały się chyba cztery, jednak żaden nie był włączony, a jeden zaczął wydawać dziwne dzwięki podczas koncertu. Również rozmiar (na przykład) sceny nie był przystosowany aby pomieścić nasz dość spory chór, wieć musieliśmy stać na stelażach przykrytych deskami, co nie dawało idealnej stabilności. Słowem, niezbyt idealne warunki na wymianę muzyczną.

Próby odbywały się w tak zwanej Schuman Hall (auli) i w Chapel (kaplicy). W całej szkole był straszliwy mróz, więc część nas ćwiczyła w kurtkach. Grupa rozdzieliła się na kilka części, orkiestra, chór z Frankfurtu i chór z Culhamu. Próba, przerwa, próba, lunch, i dalej zależało od dnia tygodnia. Same próby były bardzo męczące dla nas, ponieważ siedzieliśmy w tej auli przez długi czas i graliśmy w kółko to samo. Lecz w końcu to się chyba opłacało bo koncert był udany. 

Po szkole we wtorek po raz pierwszy wybraliśmy się do Oxfordu. Tam czekali na nas przewodnicy i w małych grupkach zostaliśmy oprowadzeni po uniwersytecie. Zobaczyliśmy prawie wszystkie college’, a w jednym zwiedziliśmy nawet salę jadalną. Widzieliśmy miejsce, gdzie kręcone były niektóre sceny z Harrego Potter’a, a w ciągu całej wycieczki przewodniczka opowiadała nam ciekawe historie. Potem mieliśmy trochę wolnego czasu, po czym wybraliśmy sie do teatru na musical “Blood Brothers” (polecam!!). W środę mieliśmy z kolei ‘barn dance’, czyli wiejski taniec, który odbywał się w szkole a na który przyleciała nawet nasza dyrektorka. Było bardzo śmiesznie, ale taniec osobiście średnio mi się udał. W czwartek mieliśmy czas na zakupy w Oxfordzie, więc wszyscy kupiliśmy sobie bluzy i souveniry dla rodziny. Skosztowaliśmy najlepszych milkshake’ów w regionie: Moo Moo’s Milkshakes! To był chyba najlepszy shake, jaki kiedykolwiek piłam, ze względu na to, iż nie był ani za słodki ani mdły. W każdym razie, czas po szkole był świetnie zagospodarowany.

W końcu odbyło się najbardziej oczekekiwane wydarzenie tygodnia, czyli powód naszej podróży. Koncert. Najpierw rutynowo posililiśmy się pizzą, po czym o szóstej orkiestra zajęła miejsce na scenie. Po przemowie dyrektorek obu szkół, nauczycieli muzyki i innych osobistości oraz obfitych oklaskach zagralismy trzy przygotowane kawałki. Szybko zeszliśmy ze sceny i przyszła pora na chór z Culhamu. Zaśpiewali bardzo dobrze dwie ładne piosenki, ale osobiście bardziej podobało mi się ich wykonanie “Bohemian Rhapsody” we Frankfurcie. Następnie przyszła kolej na nasz chór. Wydaję mi się, że poszło nam świetnie, a przynajmniej wiem że daliśmy z siebie wszystko. Po nas wystąpiło dużo zespołów, które wykonoywały popularne lub samodzielnie skomponowane kawałki. Również trójka młodych pianistów uraczyła nas odergraniem utworów które skomponowali na konkurs muzyczny, w którym zajeli wysokie miejsca. Na koniec połączyliśmy siły z drugim chórem i wspólnie zakończyliśmy koncert celtycką piosenką “Riversong”. Koncert można uznać za bardzo udany, wnioskując po gorących brawach i pochwałach rodziców oraz nauczycieli. Dla nas było to bardzo emocjonujące przeżycie.


Wyjazd do Culhamu był świetny (omijając niektóre nieprzyjemności). Teraz w każdym razie doceniamy naszą szkołę i kaloryfery. I koncert, i nowe przyjaźnie były dla nas przyjemnym doświadczeniem. Zachęcam was do uczestniczenia w podobnych wymianach!!

Tuesday, January 5, 2016

Wybór przedmiotów, czyli przyszłości

Wróciłam dzisiaj ze szkoły do domu w dziwnym stanie. W głowie kłębiły mi się tysiące myśli, serce biło w przyśpieszonym tempie, a nogi były obolałe od długiego stania. A to wszystko z powodu tak zwanej "giełdy przedmiotów".

Dla nas, uczniów S3, najgorętszym tematem rozmów oraz powodem wielu nieprzespanych nocy jest wybór przedmiotów na przyszły rok. Na każdej przerwie, dłuższej czy krótszej, wszędzie wokół można usłyszeć pojęcia takie jak "matma sześć' lub "rzucę sztukę". Jest to główny problem w naszym szkolnym  życiu. Wiem, że niektórzy jesteście już starsi i mądrzejsi, ale postarajcie się zrozumieć jakim wielkim to jest dla nas krokiem. Do tej pory mieliśmy tylko znikomy wkład w nasze plany lekcji, wszystko było ustalone i niezmienne, a my podążaliśmy ślepo za głosem rodziców i nauczycieli. Teraz zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, a przed samym w niej wylądowaniem zostało nam uświadomione, że każdy nasz wybór może zadecydować o naszej przyszłości. Wiem również, że pamiętacie ten sam moment, i że z perspektywy czasu wydaje to się Wam nic nieznaczącą błahostką, szczególnie jeśli wybieraliście już przedmioty maturalne, ale uwierzcie mi. Dla mnie to nie są łatwe decyzje do podjęcia.

Nie będę się wdawać w szczegóły, bo po pięciu minutach wszyscy by spali, ale u mnie absurdalną walkę toczą takie lekcje jak ekonomia, łacina i francuski. Wybrałam za radą nauczyciela zaawansowaną matematykę, więc cieszę się, że przynajmniej tym nie muszę się zbytnio przejmować. Mam także odrobinę ułatwione to wyprofilowanie, ponieważ wiem że wiąże moją przyszłość z przedmiotami ścisłymi (myślę o medycynie lub biochemii). Niektóre z moich przyjaciółek nie mają w ogóle pomysłów na studia, co jest zrozumiałe jak na trzynaście lat, jednak przeszkadza im bardzo w wyborze. Są przypadki w których uczniowie wahają się pomiędzy architekturą a lingwistyką, a inni nie wiedzą co lepsze, inżynieria czy historią sztuki.

Racjonalnie myśląc, rozumiem że powinnam się kierować tylko i wyłącznie tym co ja chcę zrobić i w czym jestem dobra. Niestety, wciąż podświadomie zastanawiam się, co wybiorą moje przyjaciółki, albo czy mam zrezygnować z przedmiotu ze względu na nauczyciela. Z jednej strony nie ma sensu uczyć się przedmiotu którego się szczerze nienawidzi ze względu na towarzystwo, ale z drugiej wiem że w przypadku wahania pomiędzy jedną opcją a drugą szalę może przeważyć koleżanka. Dlatego staram się balansować pomiędzy rozsądkiem a sercem.

Piszę to bardziej dla siebie, ale każdy może skorzystać z moich jakże mądrych rad. Nie przejmujcie się więcej niż powinniście takimi sprawami. Z jednej strony szkoła, studia, a potem kariera są ważne, ale nie można tracić na nie zdrowia. Zawsze znajdzie się jakaś możliwość żeby coś zmienić, szczególnie na tak wczesnym etapie. A poza tym, niech moi rówieśnicy spojrzą na to tak: za rok przyjdzie czas na poważniejsze decyzje.*



*czytać co rok

Monday, November 30, 2015

Tydzień ze szkołą z Culham

Witajcie,


Chciałabym Wam na początek tylko powiedzieć, że na fioletowo pisze Lilla (ja:D) a na różowo Marta (bo to może być trochę mylące).

Tydzień wymiany z Culhamem, szkoła Angielską, był zupełnie inny niż zwykłe tygodnie. Pełen był prób, stresu i nowych przyjaźni. Obie zaprzyjaźniłyśmy się z wieloma gośćmi z Anglii, częściowo dlatego, że mieszkali w domach naszych przyjaciółek. Ja nikogo nie wzięłam (w przeciwieńswie do Marty) i teraz bardzo tego żałuję. Mimo to było super, powinniśmy robić takie wymiany częściej.


W ramach wymiany została mi przydzielona dziewczyna z Culham, która mieszkała u mnie w domu przez tydzień. Nazywała się Lily-Mae i muszę przyznać, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, jak na taką krótką znajomość, która zaczęła się w poniedziałek o 20tej. Razem z koleżankami stałyśmy na dworze, zmarznięte ale przepełnienione energią i zestresowane nadchodzącymi dniami. Gdyła zamieniałyśmy poglądy o tym, czy w Anglii jedzą makaron, daleko na horyzoncie pojawił się zarys autokaru. Po kilkunastu chaotycznych minutach, krzykach i próbą znalezienia się w tłumie, byłyśmy obie w samochodzie z moją mamą. Muszę przyznać, że pierwsze chwile nie były tak zachwycające jak się spodziewałam. Rozmowa niebyt się kleiła, koleżanka zmęczona odpowiadała monosylabami a ja starałam się ostrzec ją przed zwariowanym psem (co z perspektywy czasu nie było najlepszym tematem rozmowy). Na szczęście była to krótka podróż, a w domu, gdy Mama pojechała gdzieś dokądś po coś, Lily-Mae bardzo się rozluźniła. Rzuciła paroma żartami a nawet wybaczyła mi moją nieumiejętność podgrzania makaronu, mówiąc że zimny też jada.


Myśle, że dobrym pomysłem było przydzielenie jej własnego pokoju. To postawiło między nami pewną (pozytywną) barierę, i w odróżnieniu od niektórych koleżanek nie miałyśmy siebie dość już po pierwszej nocy. Zapewniło jej to też prywatność i łatwiej mi było wyczuć, kiedy chciała już zostać sama. Tak właśnie pierwszego dnia dała mi znać, co uwolniło mnie od przymusu taktownego wyczucia i za co byłam jej bardzo wdzięczna, że chce isć spać. Następnego dnia wstałyśmy rano, oprowadziłam ją po okolicy, przy czym się zgubiłam, i pojechałyśmy do szkoły. W szkole odbywały się próby, zaś po szkole grupa z Culham miała wycieczki. I tak codziennie, z lekką alternacją pomiędzy celami wycieczek i godzinami prób. Aż do koncertu.


W czwartek o 19:00 wszyscy czekaliśmy już w napięciu za kurtyną. Nauczyciel od muzyki dał nam znak i weszliśmy do sali rozbrzmiewającej oklaskami. Orkiestra siadła na swoich miejscach, po czym zaczął się koncert pełen emocji. Tym razem publiczność była większa niż zwykle, bo oprócz rodziców byli też goście z Culham. Jednak na scenie i tak nie miało to znaczenia, bo byliśmy oślepieni światłami reflektorów i nie widzieliśmy widowni. Jedyną różnicą było to, że owacje były szczególnie gorące. Gdy śpiewały połączone chóry na scenie był prawdziwy tłok.
Marta i ja występowałyśmy w orkiestrze, w chórze i również w naszym własnym zespole. Chór z Culhamu śpiewał po prostu genialnie, a najbardziej podobała nam się ich interpretacja ‘Bohemian Rapsody’. Porównałam ją z orygilnalną wersją Queen’u i osobiście bardziej podobała mi się wersja Culhamu! Oprócz tego były też inne występy (nie tylko z ich szkoły), które też świetnie wypadły. Ogólnie, koncert i wymiana były bardzo udane i było nam smutno, że już następnego dnia odjeżdżają. Po tych kilku godzinach grania na instrumentach, śpiewania i męczącego stania na scenie, wróciliśmy do domu zmęczeni ale zadowoleni.

Marta i Lilla

Monday, November 9, 2015

Islandiaaa



Witajcie,

Przepraszam że tak długo nie pisałam. Na swoje wytłumaczenie mam jedynie to, że były ferie, ferie czyli podróże a to z kolei oznacza na ogół brak wifi. Ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, iż warto było. Mam nadzieję, że moja relacja z podróży wynagrodzi Wam dwu-tygodniową nieobecność. Podróż tym razem odbyła sie na Islandię. Tak w skrócie: Islandia to kraj na północy Europy, nie należący do Unii Europejskiej, stolica to Rejkiawik a waluta korona islandzka. Jednak prawdopodobnie to wszystko juz wiecie, jeśli uważaliście na lekcjach geografii ^^ Ja mam zamiar opowiedzieć trochę o moich przeżyciach i odczuciach odnośnie tego państwa. 

Najbardziej oczarowującym atutem Islandii jest różnorodność i piękno jej natury. Leży ona na granicy dwóch płat tektonicznych, euroazjatyckiej i amerykańskiej, i została utworzona z wybuchów pod-oceanicznych wulkanów, co nadaje jej wręcz baśniowy wygląd. Przejeżdżając z północy na południe można zobaczyć tak drastyczną zmianę otoczenia, że ma się wrażenie jakby zmieniało się conajmniej kontynent. Najpierw naokoło pola lawowe, pokryte mchem, wysuszonym już przez prażące słońce, a za chwile zimny lodowiec spoglądający z góry niczym szklany wierzchołek. Na Islandii można w pełni zobaczyć, jak potężna jest przyroda. Znajduje się tam największy wodospad w Europie, który daje znać o swoim istnieniu szumem słyszalnym nawet parę kilometrów dalej, jak i bryzą unoszącą się nad nim, na której malują się tęcze. Kraj może pochwalić się również gejzerem, "Maselnicą", wytryskującym wodę z ziemi co 10 minut, na wysokość 30 metrów. Jedną z głównych atrakcji jest także kąpiel w Blue Lagoonie, gorących źródłach przepływających przez kamienie wulkaniczne. Przy zimnym morzu z kolei można zobaczyć czarną plażę, normalną, a jednak magiczną przez piasek o kolorze węgla. Ale chyba najbardziej imponującym i nadzwyczajnym obrazem są wszechobecne wulkany. W którą stronę nie spojrzeć, można być pewnym iż jedna z gór to przykryty śniegiem, wygasły (lub nie) wulkan. Odejmuje to jednak ich potędze, szczególne że na ich zboczach często pasą się owce. Owce. Na ogół, jeśli widzi się zaśnieżoną polanę, trzeba się upewnić, czy nie patrzy się na stado owiec. Zdążają sie jednak czarne owce, co psuje kamuflaż białym. Owce te są jak plaga, rządzą całą wyspą i wtykają nos w każdy kąt. W sklepach można znaleźć swetry z wełny, rękawiczki z wełny, nawet mydło pokryte wełną, a w restauracjach serwuje się pieczoną lub marynowaną jagnięcinę. Można przypuścić, iż owiec jest więcej niż ludzi.

Mimo, że rzeczywiście jest ich dosyć mało, Islandia jest zamieszkana przez przedstawicieli gatunku ludzkiego. Islandczycy są bardzo przyjaznymi ludźmi, trochę wycofanymi wobec turystów, ale jednak widać u nich chęć utrzymania pozytywnych stosunków z innymi. Najbardziej zdumiewająca jest ich znajomość angielskiego. Po przejechaniu całej wyspy wszerz i wzdłuż, spotkałam się z jedynie jedną osobą, 60-letnią kobietą z wioski, która nie mówiła po angielsku na poziomie B1 (wciąż potrafiła prowadzić z nami rozmowę na dość dobrym poziomie). Reszta spotkanych przez nas osób mówiła według naszych standardów jak uczeń L2 angielskiego ^^ Często był u nich wyczuwalny także dość wyraźny akcent, amerykański lub brytyjski. Jest to spowodowane głownie tym, że stacjonowały u nich wojska z tych krajów , ale rownież dlatego że wszędzie dostępna jest angielska telewizja. W każdym razie, ich znajomość języków obcych i przyjacielskie nastawienie ułatwia o wiele wizytę turystom.

Islandia jest niesamowitym, przepięknym, wręcz idealnym krajem, nie zrozumcie mnie źle. Jednak nie wyobrażam sobie przeprowadzenie się tam na stałe. Dlaczego? Cierpię na chorobę dwudziestego pierwszego wieku, uzależnienia od bodźców i atrakcji. Na wyspie, gdzie ilość mieszkańców wynosi mniej niż we Frankfurcie, a przeciętne miasto (wioska) ma *prawie* trzystu, wszędzie jest aż za dużo miejsca. Nie ma centr handlowych albo kin, chyba że w stolicy. Nie wyobrażam sobie również mieszkania na relatywnie małej wyspie, gdzie nie można od niechcenia pojechać do innego kraju. Byłoby to dla mnie po jakimś czasie po prostu męczące psychicznie. 
 
Jednakże, wizyta na Islandii była przeżyciem, które mogę nazwać przełomowym. Dopiero tam mogłam naprawdę zobaczyć, jak wygląda miejsce, w którym ludzie podporządkowują się przyrodzie, a nie odwrotnie. Tam poznałam siłę natury, pokazującą się w postaci wodospadów, wulkanów i gejzerów. Tam odkryłam, jak to jest widzieć horyzont, ze wszystkich stron, a jednocześnie jeździć po stromych górach.  Cudownie było prawdziwie wypocząć, zapomnieć o wszystkim i napawać się pięknem natury. Jeżeli czytaliście Tolkiena, wyobraźcie sobie Shire, Rivendell a nawet Mordor. Wszystkie te krainy można zobaczyć, dotknąć, na Islandii. Więc jeśli jeszcze tam nie byliście, a macie szansę się wybrać, gorąco polecam! 

Smartie

PS: Poniżej kilka zdjęć :)

Czarna plaża, ja


Kra, pływająca po jeziorze, po lewej autostrada (absurd!)


Krater wulkaniczny wypełniony wodą, wciąż ja


Styl dwóch płyt kontynentalnych, znowu ja



Monday, October 12, 2015

Co za mecz, co za emocje

Cześć ^^

Jakoś dawno nie pisałam, ale to w sumie nawet dobrze, bo nic ciekawego się u mnie nie działo. Szkoła, szkoła i szkoła (pani Połońskiej pewnie w tym momencie dech zaparło ze zdziwienia). Proszę Pani, to prawda, czytanie w bibliotece opisała już Lilla a o konkursie przed wynikami nie chcę nic mówić. 
W związku z tym zamierzam podzielić z Wami czymś co stało się dopiero wczoraj i  nie tylko wywarło wielki wpływ na moje życie, ale mam nadzieję że też na Wasze. Wydarzenie roku. A mianowicie, chcę Wam trochę opowiedzieć o meczu Polska - Irlandia.
W tym momencie każdy kto oglądał i nie chce sobie już przypominać tych pięknych chwil (!)  lub też pozostaje zupełnie obojętny (!!!) może przestać czytać (chyba że chcecie sobie trochę pokrytykować mój styl pisania :P).
Przejdźmy do meczu.
Dzień jak codzień, pozornie ładna lecz zimna niedziela, wracam od Lilli i biorę się za matmę. Co jakiś czas przeglądam fejsbuka, nawet zaglądam na bloga, może będzie coś nowego. Nie ma. Tak mijają minuty, godzina aż w końcu dochodzi pora kolacji. W trakcie jedzenia pysznej sałatki ziemniaczanej (dzięki, Tato!) moja rodzina dostaje oświecenia. Przecież dziś mecz! Od razu zaczyna się szukanie w internecie jakichś transmisji, przecież Niemcy, nasi rywale z grupy, nie będą sobie zawracali głowy meczem Polaków, sami grają z Gruzją. Transmisja znaleziona, słaba jakość, ale jest. Wszyscy, nawet pies, siadamy na sofie i zaczyna się oglądanie. Stosownie byłoby dodać, iż Mikuś to nikt inny jak seter irlandzki, a mimo to kibicował nam, więc żeby mi tu nie było, żeśmy nie patrioci. Nagle gwizdek i już, piłka w ruchu. Pierwsze dziesięć minut mija. Potem jedenasta, dwunasta, gol! Krychowiak pięknie trafia w lewe dolne okienko. Dzieje się to tak szybko, że ja ledwo się orientuję, co dopiero bramkarz Zielonych. 
Niestety, jak wszystko co dobre, przewaga nie trwa długo. Parę minut później Michał Pazdan kopie niczym istny karateka w piłkę, trafiając tym samym zawodnika drużyny przeciwnej, ale to już mniej istotne. Jednak sędzia nie podziela mojej opinii, i mylnie uważając iż owa sytuacja zdarzyła się w polu karnym przyznaje Irlandczykom rzut karny. I co? I
1-1. A już się cieszyliśmy wygraną. 
W dwudziestej minucie odbywa się zamach na naszego mistrza Roberta Lewandowskiego, autorstwa John'a O'Shea. Za to oczywiście zostaje ukarany żółtą kartką, ale szkoda została wyrządzona. Robert nie może się skoncentrować, aż do czterdziestej drugiej minuty, w której po asyście Mączyńskiego strzela gola główką z odległości 11 metrów, ku rozpaczy bramkarza Darrena Randolpha. 2-1.
Potem już tylko żółte kartki, jedna czerwona dla O'Shea'a. I tak w 94 minucie kończy się mecz, a Polska po raz piąty bierze udział w Mistrzostwach Europy, wychodząc z grupy na drugim miejscu.
Przyznaję, rywale byli dobrzy. Bardzo dobrzy, nawet. Do samego końca kibice pozostawali w pełnym napięciu, gdyż przeciwnicy mocno na nas naciskali i Polacy byli pod ciągłą presją. Ja osobiście w niektórych momentach po prostu zamykałam oczy i modliłam się o utrzymanie przewagi. Udało się.
Niestety, Lewandowski, o którym ostatnio jest bardzo głośno na internetach, oskarżony został o ciągle "nurkowanie", czyli pozorowanie fauli. Rzeczywiście, być może nie każdy jego upadek miał śmiertelne skutki, ale moim zdaniem odrobina aktorstwa nie zaszkodzi, dopóki  sędzia nie zauważa ;)
W każdym razie, mam nadzieje że jeśli oglądaliście mecz mój wpis pozwolił Wam przeżyć na nowo te emocje, a jeśli nie to że wyobraziliście sobie, jak to było.

Ściskam i pozdrawiam drogich Rodaków ^^

Smartie 

Sunday, March 29, 2015

Pisanie bez powodu

Podejrzewam, że każdy kiedyś próbował napisać książkę. Ja przynajmniej często zabierałam się do napisania wielkiego dzieła, marząc o sławie i karierze, po czym kończyłam na jednej stronie, składającej się z tytułu i mojego nazwiska. Ale wróćmy do tematu. Zastanawiałam się, czy rzeczywiście istnieje taka rzecz jak "writer's block", czyli brak weny, albo bardziej fachowo zanik inwencji twórczej. Po przeczytaniu kilku artykułów, dowiedziałam się iż najlepszym sposobem na pokonanie owej przeszkody jest pisanie byle czego. Wydało mi się to bardzo dziwne a wręcz bezsensowne. Jeżeli nie ma się nic do napisania, nie warto pisać. Tak samo z rozmową. Wydaje mi się, ze większość z nas wyżej ceni krótka lecz sensowna dyskusję niż nie kończącą się wymianę zdań o pogodzie. Więc oto moje pytanie na dziś:

Czy warto jest pisać żeby pisać?

Thursday, March 26, 2015

Rozprawka na szybko

Piękny
Oryginalny
Lekki
Stary
Kreatywny
Interesujący

Miła
Artystyczna
Rozsądna
Twórcza
Ambitna

Lojalna
Inteligentna
Litościwa
Lubiana
Artystyczna 


                                                                                            Smartie
Lilla+Ełko

Sunday, February 8, 2015

Maska

Wiem, miałam napisać o czymś innym, ale trudno, zainspirowałam się i o niczym innym pisać nie będę. Moja inspiracja pochodzi ze spotkania z Nają. Rozmawiałyśmy o Star Warsach, Polsce aż w końcu rozmowa zeszła na jej klasę. Naja opowiedziała  mi o swoich koleżankach oraz ogólnej atmosferze panującej w S1. Po usłyszeniu wszystkiego, do głowy przyszło mi tylko jedno pytanie. Czy jest z nami aż tak źle?

Dziewczyny w moim wieku noszą do szkoły make-up. Nie chodzi mi o pomadkę na ustach. Chodzi mi o podkład, puder i korektor. I nie jest tak tylko w szkole europejskiej, ale także w Polsce i szkołach niemieckich. Dlaczego? Dlatego że dziewczyny mają tak niskie mniemanie o sobie, że czują się dobrze tylko pod warstwą chemikaliów? Dlatego że chłopcy są tak przyzwyczajeni do widoku perfekcyjnych twarzy, że normalne im nie wystarczają? Odpowiedzi na to pytanie nie będzie jednej. To mieszanka tych wszystkich rzeczy sprawia, że moje pokolenie jest bardziej sztuczne niż wszystkie przed nim.

Jednak historia zatacza koło. Coraz modniejsze są rzeczy "vintage" i "retro". Z drugiej strony, technologia jest coraz lepsza, i coraz człowiek nie rodzi się piękny, a raczej za piękność płaci. Więc bardzo ciekawi mnie: Co zwycięży?

Sunday, February 1, 2015

Matrix

Człowiek o dwóch osobowościach: W ciągu dnia jest Thomasem Andersonem, programistą komputerowym, zaś w nocy hakerem Neo. Od kilku lat stara się znaleźć człowieka o imieniu Morfeusz, groźnego terrorystę oraz dowiedzieć się czym jest Macierz. Gdy jednak pewnego ranka przychodzi do pracy, nie spodziewa się iż  dojdzie do tego  tak szybko. Po schwytaniu przez agentów, tajemniczych mężczyzn w czarnych okularach, oskarżających go o hakerstwo i proponujących układ, Neo staje się coraz bardziej zdumiony wydarzeniami dziejącymi się wokół niego. Gdy nareszcie spotyka Morfeusza, czeka go ciężki wybór. Ma dwie opcje. Może wziąć niebieską pigułkę, która sprawi, że znajdzie się znowu w łóżku i zapomni o wszystkim. Może wziąć czerwoną pigułkę, a dowie się czym jest Macierz i będzie musiał zmierzyć się z konsekwencjami tej wiedzy.

Którą pigułkę wybierze Neo?
Czym jest Macierz?

Dowiecie się w filmie "Matrix"!

                                                                                                                                        Smartie                

Saturday, January 10, 2015

Klasztor mody


Gdy w trakcie ferii świątecznych wybrałam się z tatą na krótką wizytę do Polski, nie spodziewałam się, że wrócę bogatsza nie tylko we wspomnienia, ale również w pewną bardzo ciekawą rzecz.


Szliśmy sobie ulicą, przemarznięci do szpiku kości z powodu porywistego wiatru. Było już dosyć ciemno, słońce dawno schowało się za wysokimi budynkami, a śnieg skrzypiał nam pod stopami. Przez temperaturę poniżej zera oddech zamieniał się w parę, tak, że wszyscy wyglądali jakby paliło im się wnętrze buzi. Trzymałam moją siostrę za rękę, aby przynajmniej ta część ciała mi nie zamarzła i co jakiś czas mówiłam takie zdania jak "Ale zimno!" lub "Dlaczego musimy zwiedzać Warszawę? Przecież ja tu mieszkałam!" Słowem, niezbyt przyjemne warunki na spacer po mieście.

Gdy jednak przechodziliśmy obok Pałacu Kultury, zaświtał mi w głowie pewien pomysł. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć trochę Warszawy, a nie siedzieć w domu, ale z drugiej strony nikt nie sprawiał wrażenia że podoba mu się przenikliwe zimno. Zaproponowałam, żebyśmy weszli do Pałacu, a gdy wszyscy się zgodzili, żwawym krokiem ruszyłam w stronę budynku. Dopiero przed samym wejściem zastanowiliśmy się nad tym, co będzie w środku. Moja siostra, mieszkająca w Warszawie, oznajmiła, że teraz odbywa się Mustache, festiwal na którym debiutują młodzi (i nie tylko) projektanci, pisarze, artyści lub nawet kucharze i kucharki! Weszliśmy do środka, a tam ukazały się naszym oczom kolorowe stanowiska, z ubraniami, napojami i innymi rzeczami.

Po krótkim spacerze między różnymi stołami zobaczyliśmy wiele różnych ubrań, niektórych całkiem zwyczajnych, innych nieco bardziej szalonych. Spotkaliśmy również Osi Ugonoh, zwyciężczynię tegorocznej edycji Top Model i paru znanych nam projektantów. W pewnym momencie  przykuła moją uwagę pewna bardzo osobliwa rzecz. Nie był to szalik, ani kaptur, ani też bluza. Podeszliśmy do pani, która je reklamowała. Po krótkim wyjaśnieniu, dowiedzieliśmy się że to, co trzymamy w ręce nazywa się "Mnishkha" (czyt. Mniszka) i nie jest to wcale jakiś tam zwykły kawałek materiału, lecz coś, co po odpowiednim zwinięciu może się stać zarówno bluzą, jaki szalikiem. Właściwie, pomyślałam, takie coś to by się mogło przydać. Przymierzyłam rozmiar, wybrałam kolor, zapłaciłam i oto stałam się właścicielką Mnishkhi.

Oto Mnishkha w użyciu:

A to dziewięć sposobów na jej noszenie:

                                                                                                                            Smartie

Mustache: http://www.mustache.pl/yard-sale
Mnishkha: http://www.mnishkha.com/Kapturoszale-mnishkha/grupa/0

Sunday, November 30, 2014

Nasz udział w Ze Voiss: Od początku do końca.

Największym zmartwieniem zwykłego laika biorącego udział w konkursie “Ze Voiss” prawdopodobnie byłoby nauczenie się trudnego tekstu lub przełamanie tremy. Jednak my, stały dodatek do tego wspaniałego przedsięwzięcia, wiedziałyśmy czym są prawdziwe niebezpieczeństwa pozornie niewinnego występu. Gdy na czczo siedziałyśmy w pokoju Pani P, prowadząc kolejną dyskusję o wyborze piosenki, powtórnie zastanawiałyśmy się czy dwuminutowy aplauz oraz mała szansa na wygranie niezrozumiałej książki po francusku warty był tylu zaprzepaszczonych przerw.


Pani P bombardowała nas ćwiczeniami, abyśmy były porzadnie przygotowane na “Ze Voiss”. Wszystkie jej powtarzające się  uwagi warte były posłuchania. Podczas wszystkich treningów nauczyłyśmy się kilku bardzo ważnych rzeczy, takich jak:
  • Nie należy stawać nad niższą kolezanka, bo gdy ona podniesie głowę lub stanie na palcach, można się bardzo boleśnie uderzyć w czoło.
  • Nie patrzeć się na swoją koleżankę gdy ćwiczymy głos, ponieważ wtedy można się wtedy bardzo głośno zaśmiać (szczególnie, jeśli w towarzystwie niektórych osób jest się szczególnie podatnym na nagłe ataki śmiechu).
  • Śpiewania cicho w klasie, ponieważ uczniowie i nauczyciele chodzący po korytarzach mogą nas świetnie słyszeć.
  • Sposób na stress: grzebanie w piasku małą łopatką.


W ten sposób mijał nam czas z Panią P, nasze chichoty przeplatały się z jej uwagami na temat naszej dykcji.


Po tygodniach uciążliwego treningu wokalnego “ wrona bez ogona” nie była już anomalią przyrodniczą, lecz znienawidzonym przez nas rymem, który codziennie powtarzałyśmy. Gdy nadszedł dzień występu, zamiast denerwować się jak to normalnemu człowiekowi przystoi, że zapomnimy tekst lub się pomylimy, my, siedzące w tak zwanym “green roomie”, zastanawiałyśmy się, czy nasze buty przypadkiem nie bedą zbyt głośne. Nagle, w trakcie jedzenia przepysznych orzeszkowych czipsów, usłyszełyśmy, jak wywoływane są nasze imiona. Oblizując się z okruszków, pobiegłyśmy czym prędzej na scenę.


Kurtyna rozsunęła się. Od razu pożałowałyśmy, że brak nam okularów przeciwsłonecznych, gdyż reflektory oślepiły nas i przez chwilę myślałysmy jedynie o bolących oczach. Jednak wtedy zaczęła grać muzyka, i o dziwo nagle wszystko poszło jak z płatka. Bez żadnego (no, prawie żadnego) potknięcia przebrnęłyśmy przez piosenkę i już było po wszystkim. Potem czekało nas najgorsze. Wróciłyśmy do wcześniej wspomnianego “green roomu” i musiałyśmy przeżywać katusze w trakcie, gdy komisja bezlitośnie oceniała nasze starania.  Sytuacja jakby powtórzyła się. Znowu zostałyśmy wywołane na scenę, tym razem z tłumem innych uczestników. Francuskie słowa wypływały z ust jurorów, jednak żadne z nich nie brzmiało nawet odrobinę jak “Lilla” lub “Marta”. Nasze przypuszczenia były słuszne. Nie zajęłyśmy żadnego miejsca. Lauretka była naszą serdeczną przyjaciółką, więc odrzuciłyśmy na bok ambicję i dołaczyłyśmy do publiczności w głośnych brawach. Na koniec poszłyśmy do naszych rodziców, padnięte po godzinach ciągłego chodzenia i mimo braku wygranej szczęśliwe z występu.
Warto było przezyć te wszystkie męki i wziąć udział w konkursie francuskiej piosenki. Niestety po konkursie bolały nas uszy i oczy i w ogóle wszystko, ale w każdym razie mogłysmy sie wypychać orzeszkowymi czipsami. Mimo wszystkich tych niedogodnośći, niezjedzonych “snacków” oraz przerw spędzonych na liczeniu wron, podjęłyśmy szokującą decyzję. Zapewne zostaniemy przez to mocno skrytykowane przez Panią P, której na pewno nie chce się trenować nas co roku, bez większego sukcesu, ale cóż. Długo nad tym myślałyśmy. W przyszłym roku ZNOWU weźmiemy udział w konkursie “Ze Voiss”!

Już trudno pisać na klawiaturze, oczy nam się kleją (Wam pewnie też), więc tym pozytywnym stwierdzeniem kończymy nasz wylewny wpis.


Lilla+Ełko
Smartie.5